Biblioteki pod- i poznańskie
W 1996 roku UNESCO ustanowiło 23 kwietnia Światowym Dniem Książki – dla uczczenia daty śmierci Miguela Cervantesa oraz Williama Szekspira. Statystycznie rzecz ujmując, na jednego dorosłego Polaka przypada PÓŁ przeczytanej książki rocznie. Czy wliczają się do tego ulotki i instrukcje obsługi urządzeń – trudno orzec. Jednak zastanowiwszy się nad tym głębiej: czy to aby nie kpina? Naprawdę mamy powód do dumy?
Jako studentka naszej rodzimej filologii – chcąc czy nie chcąc – z książkami do czynienia mam dosyć sporo. Dzieła są to nadzwyczaj różne – jedne bardziej wybitne, inne mniej, jeszcze inne spokojnie mogłabym dopisać do indeksu ksiąg zakazanych, o ile by takowy istniał jeszcze w czasach, w których przyszło nam żyć. Może dlatego więc desperacko poszukuję sama, na własną rękę, czegoś, co uznam za „swoje”, co odkryję samodzielnie, bez przymusu i do czego podejdę po prostu z wielkim luzem, bo tylko takie czytanie sprawiać może przyjemność. I choć nie śledzę nowości wydawniczych, tak z wielką chęcią sięgam po autorów nieco już „zużytych”, może nawet zapomnianych. Nie muszę zachodzić do księgarń, żeby móc powiedzieć o sobie, że czytam dobrą literaturę i że czuję, że jestem na czasie (w miarę chociaż) w tym względzie. Wystarczy, że skorzystam z biblioteki. Ba, nie z jednej, a z… przynajmniej pięciu. Nie płacę, a korzystam. Właśnie temu zagadnieniu chciałabym poświęcić dalszą część mojego artykułu.
Nie jest to żaden patent, a już na pewno nie mój, jednak prawdopodobnie mało osób zdaje sobie sprawę z tego, jakie „perełki” można wyłowić w takim królestwie książek. Nawet, jeśli wyposażenie jest mierne, to wychodzę z założenia, że zawsze można trafić na coś wyjątkowego, wcale nie kierując się znanym tytułem albo nazwiskiem. O to w tym chodzi, by mieć własne zdanie, nawet w tak błahej kwestii jak dobór odpowiedniej dla nas rozrywki. Nikt za nas nie przeczyta książki, dlatego – szanując swój prywatny czas – dobierajmy lekturę starannie, na miarę swoich możliwości i zainteresowań. Jeśli kompletnie nie rusza nas np. fantasy, to zmuszanie się do tego typu arcydzieł nie ma najmniejszego sensu, gdyż wcale nas to w żaden sposób nie zachęci, a jedynie pogłębi przepaść i odbierze nam chęć do czytania czegokolwiek. A tego wystrzegajmy się, oj wystrzegajmy…
Pokrótce chciałabym zatem opisać działalność i zasoby tych bibliotek, z których korzystam na co dzień. Z większości z nich mogą wypożyczać wszystkie chętne osoby z zewnątrz, rzadko kiedy występują jakieś wymagania co do profilu czytelnika. Funkcjonowanie każdej z tych bibliotek – określiłabym to następująco – opiera się zarówno na mocnych fundamentach, jak i na licznych wadach, ułomnościach systemowych. Czasem jest tak, że tych drugich występuje o wiele więcej, czego nie omieszkam nie zaznaczyć w moich poniższych opisach.
Żeby nie szukać daleko, zacznę od naszej lubońskiej biblioteki, która o dziwo wciąż się rozrasta i zakłada coraz to nowsze filie. To pierwsza, do której byłam zapisana kiedykolwiek (nie licząc tej w podstawówce), dlatego chociażby z tego względu mam do niej spory sentyment. Zacznę od zalet. Zalicza się do nich: energia i zdecydowana ręka pani dyrektor Elżbiety Stefaniak, która – trzeba sobie powiedzieć szczerze – cała pochłonięta jest losem tej biblioteki, dzięki czemu tętni ona życiem i co rusz się w niej coś dzieje – albo jakieś zajęcia dzieci, czyli warsztaty, czytanie bajek przez zaproszonych gości lub spektakle; albo spotkania z różnymi ciekawymi osobistościami, np. aktorami. I to wcale nie tych takich drugoobiegowych, a często bardzo znanych i szanowanych (jak np. Olgierd Łukaszewicz). Nie mogę zapomnieć także o spotkaniach autorskich, na których odbywają się promocje rozmaitych książek; czy o wernisażach. Każdy tak naprawdę może dostać swoją szansę, jeśli wykaże własną inicjatywę! Jeśli chodzi zaś o wyposażenie, to jak na takie miasto jak Luboń, książek jest naprawdę sporo, i to bardzo różnych. Starych, nowych, dla dzieci, dla dorosłych. Wiele tematyk. Oczywiście nie mogę zapomnieć także o przemiłych, skorych do pomocy paniach bibliotekach, szczególnie o pani Tamarze, która zawsze służy pomocą, jeśli się ją o to poprosi. Nie tylko wynajduje to, czego się szuka (ma to w jednym paluszku), ale także potrafi polecić, po co warto sięgnąć, a co lepiej sobie odpuścić, jeśli bezpośrednio nie pokrywa się to z zainteresowaniami czytelnika. Teraz minusy. Jeżeli zależy komuś na czasie, żeby wyszukać jakąś konkretną pozycję, to można się przeliczyć. Na półkach panuje dosyć spory bałagan, często działy się mieszają – np. to, co chcemy znaleźć według nazwiska autora, okazuje się, że jest to w osobnym dziale zatytułowanym „dramat” albo „wiersze” itd. Dlatego warto zawsze zapytać którąś z bibliotekarek, bo inaczej można się „zaszukać na śmierć”. Kolejnym minusem (a może plusem?) jest lekki chaos w sprawie wypożyczeń – nie ma konkretnego terminu oddania książek, jest on zazwyczaj umowny i sugerowany (np. lektury szkolne na dwa tygodnie). Dlatego często zdarza się, że ludzie zapominają wręcz, że mają coś u siebie w domu i przypomina im się o tym po roku lub dwóch, kiedy otrzymają zawiadomienie o nieoddaniu książek.
Mieszkańcom Lubonia mogę śmiało polecić dwie poznańskie biblioteki: PTPN (przy ul. Mielżyńskiego, pomiędzy placem Cyryla Ratajskiego a Okrąglakiem) oraz Raczyńskich (wiele filii, jedna nawet w Fabianowie; główny gmach znajduje się na św. Marcinie, naprzeciwko Sphinxa przy ul. Gwarnej). Mogę je polecić, ponieważ zapisać się do nich ma prawo niemalże każdy – w „Raczkach” zapis jest bezpłatny (czyli mogą się zapisać wszystkie osoby powyżej 14 roku życia), zaś w PTPN – po wpłaceniu kwoty 10 złotych na rok. Osobiście najbardziej lubię bibliotekę Raczyńskich, ponieważ ma najbardziej sprawną organizację – można znaleźć w Internecie w specjalnym katalogu interesującą nas pozycję; sprawdzić, czy jest na półce, czy została wypożyczona, a jeśli tak – to do kiedy (ale uwaga – każdy może przedłużać książkę co miesiąc, łącznie do pół roku maksymalnie, więc nie zawsze warto się sugerować datą graniczną, która jest w katalogu). Część książek jest do pożyczenia na zewnątrz (wtedy wystarczy wypełnić rewers i dać wraz z kartą biblioteczną którejś z pań dyżurujących, odczekać ok. dwóch minut), część w filiach rozsianych po całym Poznaniu, a część na miejscu w czytelni (wtedy również wypełnia się rewers i czeka się od 10-30 minut, w zależności od „obłożenia”). Można wnosić ze sobą laptopy, robić notatki, ewentualnie zejść na dół do ksero. To jednak jest drogie, więc studenci zazwyczaj radzą sobie inaczej – np. robią książkom zdjęcia. Książki w Bibliotece Raczyńskich wypożyczane są na miesiąc, jednocześnie 6 woluminów. Można przedłużać, maksymalnie do 6 miesięcy.
W PTPN (tj. Poznańskim Towarzystwie Przyjaciół Nauk) jest już dużo mniej sprawnie, ale z reguły jest przy tym mniej tłoczno i poza okresem sesyjnym oraz matur w czytelni nie ma prawie nikogo. Dlaczego mniej sprawnie? Otóż nie wystarczy wejść do katalogu w Internecie, żeby się przekonać, czy książka jest dostępna. Można sprawdzić jedynie, czy jest w ogóle w wyposażeniu, a także to, czy można ją wypożyczyć na zewnątrz, czy korzystać z niej tylko na miejscu. Jeśli się okaże, że jest ona do wypożyczenia, wówczas trzeba udać się do biblioteki osobiście, ewentualnie zadzwonić i dowiedzieć się, czy akurat nie ma jej ktoś inny na swoim koncie. Jeśli się okaże, że nie, wówczas wypisujemy rewers (syzyfowa praca, trzeba podwójnie wypełniać to samo…), potem przekazujemy pani w okienku, ta następnie dzwoni do magazynu i zamawia dla nas daną książkę, podając jej sygnaturę (niektóre panie robią to już wcześniej – w momencie, gdy jest wypisywany rewers i wówczas idzie to dwa razy szybciej, ale to rzadkość w PTPN-ie). Potem się czeka. Często nawet ok. 15-20 minut, czasami, gdy zdarzy się jakiś cud, można dostać książkę już nawet po pięciu minutach. Bywa to różnie. Książki wypożyczane są na okres miesiąca, w ilości trzech egzemplarzy maksymalnie naraz. Z możliwością przedłużenia.
Biblioteka Raczyńskich wydaje się lepiej zorganizowana i zdecydowanie posiada lepsze wyposażenie. Jednak tłok i co chwilę przewijający się ludzie w czytelni mogą odstraszać. Nie zawsze, trzeba po prostu wiedzieć, którą porę dnia/tygodnia/miesiąca/roku wybrać. Minusem PTPN-u jest także brak nowości wydawniczych; natomiast jest to prawdziwa kopalnia dzieł nieco starszych, a więc z pewnością przydatna np. dla studentów czy naukowców, mniej zaś dla przeciętnych czytelników. W Bibliotece Raczyńskich nowości udostępniane są zazwyczaj tylko w czytelni, ewentualnie w filiach.
Bardzo zadowolona jestem także z funkcjonowania Biblioteki Uniwersyteckiej przy ul. Ratajczaka, jednak z niej korzystać mogą jedynie studenci UAM, zatem nie będę się wgłębiać w szczegóły – na półkach panuje porządek, organizacja jest niezwykle sprawna dzięki systemowi komputerowego naliczania kar oraz zamawiania książek drogą elektroniczną. Wszystko klarowne i można nabyć tą drogą naprawdę wiele ciekawych pozycji, z przeróżnych dziedzin, również beletrystyki, hitów wydawniczych, tzw. bestsellerów.
Pokrótce – myślę – udało mi się ująć w wielkim skrócie to, w jaki sposób można uczestniczyć w życiu kulturalnym swojego miasta, regionu, kraju, a także być na czasie i nie wypadać z obiegu. Pamiętajmy, że człowiek oczytany jest bardziej atrakcyjny towarzysko, pod względem zawodowym oraz wieloma innymi. Nie chodzi o to, by czytanie stało się masowym przymusem lub mechaniczną koniecznością – wystarczy, że każdy z nas obierze właściwe dla siebie tempo i częstotliwość, byle regularnie, a wszystko będzie naprawdę zmierzać w dobrym kierunku. I może zamiast PÓŁ przeczytanej książki na rok statystyczny Polak będzie miał w końcu większe powody do chwalenia się.
MARTA AKUSZEWSKA
Added by marta August 13, 2010 (10:52PM)
This article hasn't been commented yet.
Have a comment? Please
register
Loading
Uważasz że ciekawe, kontrowersyjne? Umieść link na Twojej stronie, blogu.
Wystarczy skopiować poniższy kod (Ctrl+C aby skopiować)