<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"><channel><title><![CDATA[Telewizja, kultura, sztuka w biznesie]]></title><description><![CDATA[Articles]]></description><link>http://www.edytorstwo.pl/</link><copyright><![CDATA[Copyright Telewizja, kultura, sztuka w biznesie]]></copyright><generator>sNews CMS</generator><item><title><![CDATA[Biblioteki pod- i poznańskie]]></title><description><![CDATA[  W 1996 roku UNESCO ustanowiło 23 kwietnia Światowym Dniem Książki – dla uczczenia daty śmierci Miguela Cervantesa oraz Williama Szekspira. Statystycznie rzecz ujmując, na jednego dorosłego Polaka przypada PÓŁ przeczytanej książki rocznie. Czy wliczają się do tego ulotki i instrukcje obsługi urządzeń – trudno orzec. Jednak zastanowiwszy się nad tym głębiej: czy to aby nie kpina? Naprawdę mamy powód do dumy?       
Jako studentka naszej rodzimej filologii – chcąc czy nie chcąc – z książkami do czynienia mam dosyć sporo. Dzieła są to nadzwyczaj różne – jedne bardziej wybitne, inne mniej, jeszcze inne spokojnie mogłabym dopisać do indeksu ksiąg zakazanych, o ile by takowy istniał jeszcze w czasach, w których przyszło nam żyć. Może dlatego więc desperacko poszukuję sama, na własną rękę, czegoś, co uznam za „swoje”, co odkryję samodzielnie, bez przymusu i do czego podejdę po prostu z wielkim luzem, bo tylko takie czytanie sprawiać może przyjemność. I choć nie śledzę nowości wydawniczych, tak z wielką chęcią sięgam po autorów nieco już „zużytych”, może nawet zapomnianych. Nie muszę zachodzić do księgarń, żeby móc powiedzieć o sobie, że czytam dobrą literaturę i że czuję, że jestem na czasie (w miarę chociaż) w tym względzie. Wystarczy, że skorzystam z biblioteki. Ba, nie z jednej, a z… przynajmniej pięciu. Nie płacę, a korzystam. Właśnie temu zagadnieniu chciałabym poświęcić dalszą część mojego artykułu.    
Nie jest to żaden patent, a już na pewno nie mój, jednak prawdopodobnie mało osób zdaje sobie sprawę z tego, jakie „perełki” można wyłowić w takim królestwie książek. Nawet, jeśli wyposażenie jest mierne, to wychodzę z założenia, że zawsze można trafić na coś wyjątkowego, wcale nie kierując się znanym tytułem albo nazwiskiem. O to w tym chodzi, by mieć własne zdanie, nawet w tak błahej kwestii jak dobór odpowiedniej dla nas rozrywki. Nikt za nas nie przeczyta książki, dlatego – szanując swój prywatny czas – dobierajmy lekturę starannie, na miarę swoich możliwości i zainteresowań. Jeśli kompletnie nie rusza nas np. fantasy, to zmuszanie się do tego typu arcydzieł nie ma najmniejszego sensu, gdyż wcale nas to w żaden sposób nie zachęci, a jedynie pogłębi przepaść i odbierze nam chęć do czytania czegokolwiek. A tego wystrzegajmy się, oj wystrzegajmy…    
Pokrótce chciałabym zatem opisać działalność i zasoby tych bibliotek, z których korzystam na co dzień. Z większości z nich mogą wypożyczać wszystkie chętne osoby z zewnątrz, rzadko kiedy występują jakieś wymagania co do profilu czytelnika. Funkcjonowanie każdej z tych bibliotek – określiłabym to następująco – opiera się zarówno na mocnych fundamentach, jak i na licznych wadach, ułomnościach systemowych. Czasem jest tak, że tych drugich występuje o wiele więcej, czego nie omieszkam nie zaznaczyć w moich poniższych opisach.     
Żeby nie szukać daleko, zacznę od naszej lubońskiej biblioteki, która o dziwo wciąż się rozrasta i zakłada coraz to nowsze filie. To pierwsza, do której byłam zapisana kiedykolwiek (nie licząc tej w podstawówce), dlatego chociażby z tego względu mam do niej spory sentyment. Zacznę od zalet. Zalicza się do nich: energia i zdecydowana ręka pani dyrektor Elżbiety Stefaniak, która – trzeba sobie powiedzieć szczerze – cała pochłonięta jest losem tej biblioteki, dzięki czemu tętni ona życiem i co rusz się w niej coś dzieje – albo jakieś zajęcia dzieci, czyli warsztaty, czytanie bajek przez zaproszonych gości lub spektakle; albo spotkania z różnymi ciekawymi osobistościami, np. aktorami. I to wcale nie tych takich drugoobiegowych, a często bardzo znanych i szanowanych (jak np. Olgierd Łukaszewicz). Nie mogę zapomnieć także o spotkaniach autorskich, na których odbywają się promocje rozmaitych książek; czy o wernisażach. Każdy tak naprawdę może dostać swoją szansę, jeśli wykaże własną inicjatywę! Jeśli chodzi zaś o wyposażenie, to jak na takie miasto jak Luboń, książek jest naprawdę sporo, i to bardzo różnych. Starych, nowych, dla dzieci, dla dorosłych. Wiele tematyk. Oczywiście nie mogę zapomnieć także o przemiłych, skorych do pomocy paniach bibliotekach, szczególnie o pani Tamarze, która zawsze służy pomocą, jeśli się ją o to poprosi. Nie tylko wynajduje to, czego się szuka (ma to w jednym paluszku), ale także potrafi polecić, po co warto sięgnąć, a co lepiej sobie odpuścić, jeśli bezpośrednio nie pokrywa się to z zainteresowaniami czytelnika. Teraz minusy. Jeżeli zależy komuś na czasie, żeby wyszukać jakąś konkretną pozycję, to można się przeliczyć. Na półkach panuje dosyć spory bałagan, często działy się mieszają – np. to, co chcemy znaleźć według nazwiska autora, okazuje się, że jest to w osobnym dziale zatytułowanym „dramat” albo „wiersze” itd. Dlatego warto zawsze zapytać którąś z bibliotekarek, bo inaczej można się „zaszukać na śmierć”. Kolejnym minusem (a może plusem?) jest lekki chaos w sprawie wypożyczeń – nie ma konkretnego terminu oddania książek, jest on zazwyczaj umowny i sugerowany (np. lektury szkolne na dwa tygodnie). Dlatego często zdarza się, że ludzie zapominają wręcz, że mają coś u siebie w domu i przypomina im się o tym po roku lub dwóch, kiedy otrzymają zawiadomienie o nieoddaniu książek.     
Mieszkańcom Lubonia mogę śmiało polecić dwie poznańskie biblioteki: PTPN (przy ul. Mielżyńskiego, pomiędzy placem Cyryla Ratajskiego a Okrąglakiem) oraz Raczyńskich (wiele filii, jedna nawet w Fabianowie; główny gmach znajduje się na św. Marcinie, naprzeciwko Sphinxa przy ul. Gwarnej). Mogę je polecić, ponieważ zapisać się do nich ma prawo niemalże każdy – w „Raczkach” zapis jest bezpłatny (czyli mogą się zapisać wszystkie osoby powyżej 14 roku życia), zaś w PTPN – po wpłaceniu kwoty 10 złotych na rok. Osobiście najbardziej lubię bibliotekę Raczyńskich, ponieważ ma najbardziej sprawną organizację – można znaleźć w Internecie w specjalnym katalogu interesującą nas pozycję; sprawdzić, czy jest na półce, czy została wypożyczona, a jeśli tak – to do kiedy (ale uwaga – każdy może przedłużać książkę co miesiąc, łącznie do pół roku maksymalnie, więc nie zawsze warto się sugerować datą graniczną, która jest w katalogu). Część książek jest do pożyczenia na zewnątrz (wtedy wystarczy wypełnić rewers i dać wraz z kartą biblioteczną którejś z pań dyżurujących, odczekać ok. dwóch minut), część w filiach rozsianych po całym Poznaniu, a część na miejscu w czytelni (wtedy również wypełnia się rewers i czeka się od 10-30 minut, w zależności od „obłożenia”). Można wnosić ze sobą laptopy, robić notatki, ewentualnie zejść na dół do ksero. To jednak jest drogie, więc studenci zazwyczaj radzą sobie inaczej – np. robią książkom zdjęcia. Książki w Bibliotece Raczyńskich wypożyczane są na miesiąc, jednocześnie 6 woluminów. Można przedłużać, maksymalnie do 6 miesięcy.     
W PTPN (tj. Poznańskim Towarzystwie Przyjaciół Nauk) jest już dużo mniej sprawnie, ale z reguły jest przy tym mniej tłoczno i poza okresem sesyjnym oraz matur w czytelni nie ma prawie nikogo. Dlaczego mniej sprawnie? Otóż nie wystarczy wejść do katalogu w Internecie, żeby się przekonać, czy książka jest dostępna. Można sprawdzić jedynie, czy jest w ogóle w wyposażeniu, a także to, czy można ją wypożyczyć na zewnątrz, czy korzystać z niej tylko na miejscu. Jeśli się okaże, że jest ona do wypożyczenia, wówczas trzeba udać się do biblioteki osobiście, ewentualnie zadzwonić i dowiedzieć się, czy akurat nie ma jej ktoś inny na swoim koncie. Jeśli się okaże, że nie, wówczas wypisujemy rewers (syzyfowa praca, trzeba podwójnie wypełniać to samo…), potem przekazujemy pani w okienku, ta następnie dzwoni do magazynu i zamawia dla nas daną książkę, podając jej sygnaturę (niektóre panie robią to już wcześniej – w momencie, gdy jest wypisywany rewers i wówczas idzie to dwa razy szybciej, ale to rzadkość w PTPN-ie). Potem się czeka. Często nawet ok. 15-20 minut, czasami, gdy zdarzy się jakiś cud, można dostać książkę już nawet po pięciu minutach. Bywa to różnie. Książki wypożyczane są na okres miesiąca, w ilości trzech egzemplarzy maksymalnie naraz. Z możliwością przedłużenia.     
Biblioteka Raczyńskich wydaje się lepiej zorganizowana i zdecydowanie posiada lepsze wyposażenie. Jednak tłok i co chwilę przewijający się ludzie w czytelni mogą odstraszać. Nie zawsze, trzeba po prostu wiedzieć, którą porę dnia/tygodnia/miesiąca/roku wybrać. Minusem PTPN-u jest także brak nowości wydawniczych; natomiast jest to prawdziwa kopalnia dzieł nieco starszych, a więc z pewnością przydatna np. dla studentów czy naukowców, mniej zaś dla przeciętnych czytelników. W Bibliotece Raczyńskich nowości udostępniane są zazwyczaj tylko w czytelni, ewentualnie w filiach.     
Bardzo zadowolona jestem także z funkcjonowania Biblioteki Uniwersyteckiej przy ul. Ratajczaka, jednak z niej korzystać mogą jedynie studenci UAM, zatem nie będę się wgłębiać w szczegóły – na półkach panuje porządek, organizacja jest niezwykle sprawna dzięki systemowi komputerowego naliczania kar oraz zamawiania książek drogą elektroniczną. Wszystko klarowne i można nabyć tą drogą naprawdę wiele ciekawych pozycji, z przeróżnych dziedzin, również beletrystyki, hitów wydawniczych, tzw. bestsellerów.     
Pokrótce – myślę – udało mi się ująć w wielkim skrócie to, w jaki sposób można uczestniczyć w życiu kulturalnym swojego miasta, regionu, kraju, a także być na czasie i nie wypadać z obiegu. Pamiętajmy, że człowiek oczytany jest bardziej atrakcyjny towarzysko, pod względem zawodowym oraz wieloma innymi. Nie chodzi o to, by czytanie stało się masowym przymusem lub mechaniczną koniecznością – wystarczy, że każdy z nas obierze właściwe dla siebie tempo i częstotliwość, byle regularnie, a wszystko będzie naprawdę zmierzać w dobrym kierunku. I może zamiast PÓŁ przeczytanej książki na rok statystyczny Polak będzie miał w końcu większe powody do chwalenia się.     

  MARTA AKUSZEWSKA      

]]></description><pubDate>Fri, 13 Aug 2010 22:52:06 +0000</pubDate><link>http://www.edytorstwo.pl/home/biblioteki-pod-i-poznaskie/</link><guid>http://www.edytorstwo.pl/home/biblioteki-pod-i-poznaskie/</guid></item><item><title><![CDATA[Rzeczywistość wojenna w polskiej literaturze ]]></title><description><![CDATA[Obraz „apokalipsy spełnionej” najpełniej wyraża się w twórczości Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Należy on do tzw. „Kolumbów” – jest to pokolenie ludzi, których młodość przypadła na lata wojny i okupacji i których w ogromnej mierze wojna ta pochłonęła. Było to pierwsza generacja urodzona w wolnej Polsce – nie miała ona walczyć, lecz budować ją niepodległą. Głównymi reprezentantami, obok Baczyńskiego, są: Tadeusz Gajcy oraz Tadeusz Borowski, debiutujący jeszcze w trakcie trwania okupacji. Twórczość tej „trójki” pełna jest wątków katastroficznych – i były one odbiciem rzeczywistości, a nie zapisem niejasnych obaw.     
	Poezję Baczyńskiego nazwano poezją „spełnionej apokalipsy”, ponieważ jest pełna krwi i zniszczenia, pisana z gorzką świadomością śmierci, która czai się za każdym rogiem, ze świadomością, że należy się do straconego pokolenia. W jego twórczości przejawia się motyw miłości do żony Barbary oraz wojny, która zawsze jest światem odwróconym, ostateczną zagładą (apokalipsa spełniona). Twórczość często dedykowana jest matce.     
	W wierszu „Pokolenie II” widzimy na początku obraz przyrody i natury, czyli spokoju i harmonii, jednak zostaje on zburzony przez wojnę („Ziemia owoców pełna po brzegi kipi sytością jak wielka misa”). Podmiot liryczny prezentuje katastroficzną wizję świata ociekającego krwią – przyroda współuczestniczy w ludzkim cierpieniu: „Tylko ze świerków na polu zwisa głowa obcięta, strasząc jak krzyk”. Wojna wywołuje koszmary, niedające zasnąć po nocach („Nas nauczono. Nie ma litości. Po nocach śni się brat, który zginął, któremu oczy żywcem wykłuto, któremu kości kijem złamano, i drąży ciężko bolesne dłuto, nadyma oczy jak bąble – krew”). Wojna zmienia człowieka na gorsze – jego i jego zasady moralne. Nie ma zatem litości, sumienia, ani tym bardziej miłości. Trzeba zapomnieć o starych normach i przyjąć nowe, by przeżyć. Jest to obraz psychiki, któremu wojna narzuciła nowy dekalog – a więc świat odwróconych wartości. („Nas nauczono. Trzeba zapomnieć, żeby nie umrzeć rojąc to wszystko. Wstajemy nocą. Ciemno jest, ślisko. Szukamy serca – bierzemy w rękę, nasłuchujemy: wygaśnie męka, ale zostanie kamień – tak – głaz”).     
	Co Baczyński próbuje uświadomić czytelnikowi, prezentując obrazy „apokalipsy spełnionej” i „odwróconego dekalogu”? Przede wszystkim to, że ludzie z jego pokolenia nie mogli zrealizować swych młodzieńczych planów, marzeń, żyć w normalnym świecie prostych i jednoznacznych wartości. Pokolenie Kolumbów jest pokoleniem tragicznym, straconym – dla niego apokalipsa już się spełniła tu – na ziemi. Ludzie poddani działaniu wojny zmieniają się („Usta ściśnięte mamy, twarz wilczą”). Baczyński sprzeciwia się temu, że nie można budować świata miłością i braterstwem – jest przekonany, że nawet po zakończeniu wojny ludzie pozostaną nadal nieufni, źli i okrutni dla siebie („Jak obce miasta z głębin kopane, popielejące ludzkie pokłady na wznak leżące, stojące wzwyż, nie wiedząc, czy my karty Iliady rzeźbione ogniem w błyszczącym złocie, czy nam postawią, z litości chociaż, nad grobem krzyż”).     
„Pamiętnik z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego został wydany w 1970 roku i jest autobiograficznym zapiskiem przeżyć dwudziestodwuletniego cywila biorącego udział w wielkim zrywie powstańczym w stolicy w sierpniu 1944 roku, natomiast zbiór opowiadań pt. „Medaliony” Zofii Nałkowskiej to efekt zebranych materiałów podczas pracy autorki w Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich po zakończeniu II wojny światowej. Został wydrukowany w prasie w roku 1946. W obu utworach na szczególną uwagę zasługuje język. Założeniem Białoszewskiego było mówić „zwyczajnym językiem wszystko”, sam zaś swą wypowiedź nazywa „gadaniem” – jako jedyną możliwą formę do opisania powstania. Występują tu: zdania proste, równoważniki zdań, chaos wypowiedzi pomimo zachowania porządku miejsc i dat, neologizmy, onomatopeje, wyrażenia potoczne  oraz celowa niedbałość stylistyczna. Narracja w „Medalionach” charakteryzuje się powściągliwością, zwięzłością oraz ograniczeniem do minimum odautorskiego komentarza. Warto się jednak zatrzymać na chwilę i zastanowić nad znaczeniem tytułu. Medaliony to owalne ozdoby zawierające niekiedy fotografie – są noszone na łańcuszku lub umieszczane na cmentarnych pomnikach. Opowiadania Nałkowskiej to „medaliony ryte w słowie”, a więc utrwalają pamięć ludzi, którzy dali świadectwo okrucieństwa wojny.     
	U Nałkowskiej szczególne wrażenie na czytelniku wywierają przede wszystkim opisy wyrobu mydła z tłuszczu ludzkiego, materacy z włosów, gotowania kości, a także inne zjawiska, jak: zamykanie więźniów w bunkrach razem ze szczurami, odzieranie trupów ze skóry i przecinanie ich na pół, wizy i apele na mrozie i o głodzie, bolesne doświadczenia medyczne na kobietach, wieszanie uciekinierów na oczach wszystkich, zagłada Żydów poprzez zagazowywanie, kradzież biżuterii i pieniędzy więźniom z transportu. Natomiast Białoszewski nie koncentruje się na aspekcie zła oprawców tak bardzo, jak Nałkowska, ale wspomina o bombardowaniu przez Niemców szpitali, kościołów oraz domów mieszkalnych, dobijaniu rannych, niszczeniu magazynów żywności oraz o wrzucaniu granatów do kanałów, którymi przemieszczali się warszawiacy z jednej dzielnicy do drugiej.     
	Ofiary mogły przyjmować postawy bierności wobec tychże okrucieństw, ale nie tylko. Tę pierwszą widać doskonale w „Medalionach”, np.: dzieci bawiące się w „palenie Żydów”, wyrzucanie zawiniętych dzieci przez okna palących się domów, brak pomocy dla uciekinierów z transportu, usilne ukrywanie chorób, by nie trafić do szpitala i nie zostać wyrzuconym z pracy, niewolnicza praca w obozach i fabrykach, zachowanie spokoju, ciągła gotowość na śmierć. W „Pamiętniku…” natomiast bierność ofiar przejawia się w nieustannej ucieczce z jednej dzielnicy do drugiej, nie opuszczaniu schronów, czy niemyciu się.     
Możemy również spotkać się z postawami godnymi podziwu. U Nałkowskiej doskonałym przykładem tego jest oficer niemiecki, który lituje się nad kobietami z transportu, pozwalając im się umyć, czy też Dwojra Zielona, która sama wyrywa sobie złote zęby, by mieć pieniądze na jedzenie. Niewątpliwie na uwagę zasługuje główna bohaterka z rozdziału pt.: „Przy torach kolejowych”, której udaje się wydostać z pędzącego pociągu. Białoszewski tak konstruuje bohaterów, by pokazać, iż są to ludzie aktywni, nie poddający się nigdy. Przejawia się to choćby w tym, ilu jest chętnych do pomocy przy budowaniu barykad, kuciu piwnic, gaszeniu pożarów, czy przenoszeniu rannych. Powstańcy organizują tradycyjnie nabożeństwo 15 sierpnia, system specjalistycznych haseł czy nie wahają się przebyć kilkugodzinnej drogi w kanale wśród kału, okropnego zapachu, w strachu i ciemności. I oczywiście nie można zapomnieć o tym, jak usilnie próbują uczynić z piwnic namiastki mieszkania, normalności i ładu sprzed wojny. Ponadto nawet w obliczu takiego niebezpieczeństwa ludzie nie zapominają o Bogu, do którego bardzo często się modlą. Istnieje również solidarność ludzka oraz wzajemna pomoc.      
	Aby przetrwać okupację, uciskana ludność musi znaleźć swój własny sposób, by przeżyć, często naruszając obowiązujący w prawie Bożym dekalog. W „Medalionach” wszechobecny jest kanibalizm kobiet ukaranych przez zamknięcie w bunkrach ze zwłokami innych ludzi, skakanie z okien czy podejmowanie ucieczek z obozów, by uratować swoje życie, zaś narażając na niesprawiedliwą śmierć wielu innych ludzi. W „Pamiętniku…” mało takich przykładów, ale zaliczyć do tego można z pewnością pobieranie żywności na kartki nieżyjących już osób, co w normalnych warunkach uznawane by było za niemoralne – wówczas dawało szansę na przetrwanie.     
	Czas teraz na postawienie najważniejszego pytania: czemu mają służyć te wszystkie opisy? Nałkowska ewidentnie daje do zrozumienia, że kat nie jest wysłannikiem szatana – to zwykły człowiek. Ukazuje różne okrucieństwa oprawców, jednak świadome niszczenie wartości ludzi uznaje za największą tragedię owych czasów. Pokazuje, że dla ludzi, którzy wojnę przeżyli, koszmar się dla nich nie skończył. Kładzie nacisk bardzo mocno na to, jak powszechna była obojętność na czyjąś śmierć. Zachowana przez Nałkowską surowość przekazu służy uwiarygodnieniu relacji – autorka postanowiła oddać głos ocalonym, komentarz zwężając do minimum (przed wojną operowała zupełnie inną stylistyką): „Dawny relatywizm moralny, wszelkie usiłowania, by wytyczyć granice między „dobrem” i „złem” ustąpiły w Medalionach wstrząsającemu w swej powściągliwości – wolnej od stylizacji i sentymentalizmu – przeświadczeniu o tragiczności świata, w którym „ludzie ludziom zgotowali ten los”, w uświadomieniu – jakiego zła dopuścić się może człowiek „dobry” w sytuacjach zmuszających do rezygnowania z najtrwalszych – zdawałoby się – ideałów i wartości” (E. Pieńkowska). Jedynie w ostatnim opowiadaniu pt.: „Dzieci i dorośli w Oświęcimiu” autorka formułuje refleksję – mówi, że ludzie ci nie musieli tak postępować, jednak wydobyto z nich najgorsze instynkty, które w normalnych warunkach nigdy by się nie ujawniły. W „Pamiętniku…” autor podkreśla zdolności do przetrwania i solidarność ludzką w wyjątkowo trudnej sytuacji, gdy życie ludzi zależy od innych. Utwór różni się od innych podejmujących kwestię wojny, gdyż w przeciwieństwie do bohaterów literackich innych dzieł, bohater Białoszewskiego w obliczu zagrożenia skoncentrowany jest na tym, by przetrwać, by „uratować kogo się da i co się da”.     
Zarówno Tadeusz Borowski w swoich „Opowiadaniach”, jak i Gustaw Herling – Grudziński w „Innym świecie” skupiają się przede wszystkim na obrazach „odwróconego dekalogu”. Pomimo wielu podobieństw pomiędzy tymi utworami, istnieją także różnice, które zaczynają się już przy samej narracji. Narratorem u Borowskiego jest jeden z więźniów lagru, Tadek, który pisze listy do swej ukochanej. Autor posługuje się techniką behawiorystyczną, a więc przedstawia postacie tylko poprzez ich gesty, słowa i zachowania. Brak tutaj zatem monologów wewnętrznych czy rozbudowanych dialogów. W powieści Herlinga – Grudzińskiego mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową, a więc z licznymi rozważaniami natury psychologicznej, wielowątkowymi dygresjami.     
	Rzeczywistość obozowa poraża swym okrucieństwem i brakiem jakichkolwiek zasad etycznych. W obu utworach spotykamy się z ciągłymi oszustwami, donoszeniem na siebie, cwaniactwem, silnym „głodem seksualnym”, który przejawia się głównie pod postacią używanej przemocy wobec kobiet, które nie mają żadnych szans obrony – ba, z czasem same oddają się pod tego rodzaju „opiekę”. Sprzedają swe ciało i honor dosłownie za dodatkową łyżkę zupy. Istnieje również specyficzna hierarchia obozowa – uprzywilejowaną pozycję zajmują najwięksi kryminaliści – wszyscy ci, którzy mogą się pochwalić dużą ilością kradzieży, rozbojów i gwałtów. Na ostatnim miejscu pozostają ci, którzy nie potrafią się przystosować do panujących warunków, są przygotowani na śmierć, biernie wykonują wszystkie rozkazy – tacy u Borowskiego nazywani są „muzułmanami” – dla takich nie ma nigdy litości – zarówno ze strony oprawców, jak i współwięźniów.     
	Odmienne jest natomiast pojmowanie tzw. „innego świata” przez obu pisarzy. Tadeusz Borowski jest zdania, że w trakcie wojny każdy zakątek jest tak samo przesiąknięty jej okrucieństwem – zarówno życie w mieście, jak i w obozie – że tak naprawdę niczym się ono nie różni. W opozycji tej tezie stoi twardo Gustaw Herling-Grudziński, który uważa, że poza łagrem ludziom jest zdecydowanie lepiej, że jedyny prawdziwy koszmar przeżywają ci, którzy wylądowali w obozie. Istotna jest jeszcze kwestia wyniszczenia psychiki ludzkiej, co ewidentnie podkreśla Borowski, iż wojna „zmiata z powierzchni Ziemi wszelkie ludzkie odruchy i uczucia” oraz że nawet po jej zakończeniu człowiek nie ma szans na odbudowę swego dawnego świata wartości. Zupełnie inne stanowisko reprezentuje Herling-Grudziński niejednokrotnie pisząc o gniewie, smutkach i odczuciach wewnętrznych swoich współwięźniów – przykładem może być mężczyzna, który zmarł na zawał serca po tym, gdy dowiedział się, że przedłużono mu wyrok, podczas gdy czuł się tak bardzo szczęśliwy, iż wreszcie będzie mógł wyjść na wolność. Świadczy to tylko o tym, że nie był obojętny wobec tego, co przynosił mu los, czego nie można powiedzieć o prozie Borowskiego.     
	Celem przedstawiania obu tych obrazów „odwróconego dekalogu”, zawartych w omawianych tutaj utworach jest przede wszystkim oskarżenie systemu, który doprowadził do powstania obozów - nie ludzi, którzy ulegli zlagrowaniu lub złagrowaniu.     
W literaturze wojennej jawi nam się okrutna prawda o człowieku, z którym można zrobić dosłownie wszystko. Człowiekiem rządzi człowiek. Wiek wojen i systemów totalitarnych jest nieludzki, niszczy człowieka, sprowadza go do zera. Bohaterowie stworzeni przez różnych pisarzy starają się głównie ocalić swe człowieczeństwo – czasami jest to wszystko, co mogą zrobić. Jest wielu ludzi biernych, poddających się losowi, reagujących na zło izolowaniem się, emigracją wewnętrzną, ucieczką w prywatność. Są też bohaterowie budzący największy podziw, u których odpowiednią postawą jest walka ze złem, robienie tego, co można, bez nadziei na zwycięstwo. Na tym właśnie polega heroizm i godność prawdziwie ludzkiej postawy.     
	Zofia Nałkowska potępia faszyzm, ale zachowuje zrozumienie dla zachowań więźniów, ale też dla oprawców – uważa, że ludzie stają się źli w nienormalnych warunkach („Niewątpliwie byli to ludzie, którzy mogli to robić, ale robić tego nie musieli. Zawczasu jednak uczyniono wszystko, by wydobyć z nich i uruchomić te siły, które drzemią w podświadomości człowieka i które – nie zbudzone – mogłyby nigdy nie dojść do głosu”). Twierdzi, że oprawcy zostali ukształtowani przez precyzyjnie opracowany system: „Nadzwyczaj staranna selekcja i dobrze obmyślane systemy wychowawcze dostarczyły tego jedynego w dziejach zespołu ludzkiego, który odegrał do końca wyznaczoną sobie rolę”. Nie ocenia nawet młodego chłopaka, który zastrzelił kobietę leżącą ranną przy torach kolejowych – milcząco usprawiedliwia jego zachowanie paradoksalnie jako „akt miłosierdzia” oraz litość wobec nieuniknionego cierpienia tejże uciekinierki, chcąc je ukrócić, gdyż mogło trwać jeszcze bardzo długo.     
	K. K. Baczyński w wierszu „Ten czas” w poetyckim skrócie określił wojnę i okupację słowami: „Ciemna noc, tak już dawno ciemna noc, a bez gwiazd”. Twórcy literatury wojennej doskonale oddają atmosferę tego czasu, przerażają wprost relacją o tym, co ludzie musieli przeżyć, ile musieli wycierpieć. Mimo to nie jest to literatura przygnębiająca, bo pisarzom udało się ocalić wiarę w człowieka. Przytoczone przeze mnie przykłady stanowią dowód, że mimo strasznych warunków ludzie potrafili zachować człowieczeństwo, ludzkie uczucia, nawet, jeśli to było już tylko godne umieranie. Ratunkiem jest zachowanie własnego człowieczeństwa: „Można zabrać człowiekowi życie, można odizolować go od świata, uczynić go  <  > , ale nie można zmusić go, by stał się zwolennikiem zarazy, nie można zabrać mu człowieczeństwa”. Dekalog przywrócić może ludzka solidarność. Potrzeba indywidualizacji zostaje stłumiona przez potrzebę przynależności – i tak być musi.     
]]></description><pubDate>Fri, 13 Aug 2010 22:50:27 +0000</pubDate><link>http://www.edytorstwo.pl/home/rzeczywisto-wojenna-w-polskiej-literaturze-/</link><guid>http://www.edytorstwo.pl/home/rzeczywisto-wojenna-w-polskiej-literaturze-/</guid></item><item><title><![CDATA[Szczera nostalgia czy wymuszona konwencja?]]></title><description><![CDATA[Trzeba przyznać, że podczas żałoby narodowej po wydarzeniach z 10 kwietnia Polacy naprawdę wzięli się w garść. Pomijając to, że kościoły były w tym czasie pełne, a komunii nie rozdawano tak wiele już od dawien dawna (niech sobie przypomnę – ostatnim razem nastąpiło to bodajże jedynie pięć lat temu, krótko po śmierci papieża, oczywiście z naciskiem na znamienne słowo: KRÓTKO), to rzecz jasna, nie można zapomnieć także o wszechobecnych na naszych balkonach i tarasach polskich flagach. Flagi doprawdy różne – jedne wywieszone bezpośrednio z parapetu, inne na kiju od szczotki; jedne dodatkowo z herbem, inne po prostu czerwono-białe. Choć regulują to pewne przepisy, trudno oczekiwać w takich chwilach, by ktoś się nad tym głębiej zastanawiał. Ważne, że poczuliśmy jedność, bo oczywiście fraza „bądźmy razem” po raz kolejny święciła w naszym kraju triumfy. Fraza ulotna jak piórko, jak się okazywało poprzednio i jak się okazało również teraz.   
Wychodzi więc na to, że Polacy albo bardzo żywiołowo reagują pod wpływem chwili, albo zwyczajnie nie mają na siebie pomysłu, a konkretnie na to, jak zachować się w sytuacjach trudnych. Otóż, bezpośrednie zderzenie z tak nieoczekiwanym doświadczeniem z jednej strony posuwa nas do spontanicznych reakcji, skupiania się w grupach, chęci wzajemnego trwania i przeżywania tego samego, z drugiej strony – czy owa spontaniczność nie stała się przypadkiem jakąś wymuszoną konwencją?   
Czyż nie jest tak, że pewne zachowania, na pozór nagłe i niespodziewane, zaistniałe pod wpływem emocji (mam na myśli np. nocne czuwania, wielogodzinne stanie w kolejkach do wpisu do księgi kondolencyjnej itd.), są już jak gdyby wpisane w naszą mentalność; a konkretnie mentalność w sytuacjach – jak to się wyraziłam wcześniej – trudnych? Jednym słowem: czy wówczas brak tejże „spontaniczności” nie oznacza tego samego co bezduszność i łamanie pewnych niepisanych zasad naszego społeczeństwa? Czy jeśli ktokolwiek dusi coś w sobie, nie uzewnętrznia się, nie solidaryzuje się w cierpieniu z innymi, to jest z założenia gorszy niż ten, który wyjdzie na ulice, by zamanifestować to, co czuje?   
A co można powiedzieć o osobie, która nieboszczyka za jego życia miała albo w głębokim poważaniu, albo w ogóle zrównywała go z ziemią, zaś po jego śmierci desperacko zaczyna weryfikować swój pogląd – czyni to dlatego, że faktycznie dostrzega swój błąd i swoją wcześniejszą niesprawiedliwość w wydawaniu ocen, czy po prostu tak wypada, a może inaczej: o zmarłych po prostu nie wypada mówić źle?   
Pytania te zadaję nie po to, bym mogła na nie postawić tutaj własną odpowiedź – nie sądzę, by moje zdanie na ten temat mogłoby kogokolwiek poruszyć czy zainteresować; pytam raczej po to, żeby każdy zastanowił się nad tym sam, w duchu.     

  MARTA AKUSZEWSKA      

]]></description><pubDate>Fri, 13 Aug 2010 22:45:43 +0000</pubDate><link>http://www.edytorstwo.pl/telewizja/szczera-nostalgia-czy-wymuszona-konwencja/</link><guid>http://www.edytorstwo.pl/telewizja/szczera-nostalgia-czy-wymuszona-konwencja/</guid></item></channel></rss>
